Fundacja Złotowianka HELP
Zdjęcie 1

Witaminy, które leczą

Damian rozumie każde nasze słowo, choć sam nie potrafi wypowiedzieć ani jednego. Nasz świat jest inny niż ten, który znamy z opowiadań bliskich nam osób. Nie wiem, jak to jest spędzać beztrosko popołudnie, gdy moje dziecko bawi się u kolegi. Nie wiem nawet jak to jest usłyszeć: mamo, kocham Cię.

Nasze życie to szereg przypadków, zbiegów okoliczności, które doprowadziły do tego, że dzisiaj jesteśmy w takim a nie innym punkcie. Damian urodził się o czasie, ciąża przebiegała bez komplikacji, a pielęgniarka tuż po przyjściu syna na świat gratulowała mi zdrowego dziecka, które uzyskało 10 pkt. w skali Apgar. Pierwsza wspólna doba była mieszanką radości, zmęczenia i dumy.

Kolejny dzień nie zapowiadał niczego szczególnego, miał jedynie przybliżyć nas do opuszczenia szpitala i powrotu do domu już w trójkę. Damian przechodził kolejne badania, szczepienia. Po południu, w drugiej dobie życia, rozpoczął się nasz dramat – złudne okazało się nasze poczucie bezpieczeństwa. Damian dostał silnych drgawek, bezsilnie patrzyłam, jak jego małe ciało drży, a personel wymienia między sobą zaniepokojone spojrzenia. Panicznie bałam się wtedy, że stracę to, co w tym momencie było najważniejsze w moim życiu. Jego ciało drżało, a moje zamarło ze strachu.

Zostaliśmy przewiezieni do jednego ze szczecińskich szpitali. Wykonano tam szereg badań, które nie wykazały żadnych ognisk padaczkowych. Przez ponad rok nie wystąpił żaden atak padaczki.

Damian spełniał kryteria „normalnego” dziecka, wpisywał się w skale, jakie stworzyła medycyna, mimo tego, co wydarzyło się w drugiej dobie jego życia. Jego mowa rozwijała się prawidłowo, ktoś, kto nie znał naszej historii, nie podejrzewałby, że Damian walczył o życie.

Nasze życie gnało naprzód, patrzyłam, jak stawia kolejne milowe kroki w swoim rozwoju. Minęło 26 miesięcy, pełnych radości, spokoju.

Jednak wszystko pękło jak bańka mydlana. Widziałam, jak Damian opada z sił, jak jego małe ciało staje się bezwładne i jak kukiełka opada na moje ręce. Róż na jego twarzy zmieniał się w purpurę, potem zamknął oczy, a jego skóra przybrała siny kolor. To co wtedy czułam było przerażeniem, a jedyna myśl, jaka wyłaniała się z chaosu w mojej głowie to: synku, żyj! Damian zakrztusił się kaszką manną. Boso z synem przelewającym się przez moje ręce pobiegłam do szpitala. Czekałam, czekałam aż lekarz wyjdzie i powie: udało się.

Oczekiwałam, że lekarze zrobią wszystko, by ratować Damiana, by zniwelować skutki ewentualnego niedotlenienia. Liczyłam na szereg badań, postawienie trafnej diagnozy i jak najszybsze wdrożenie leczenia – tak by Damian był zdrowym i silnym chłopcem. Mijały kolejne dni, każdy kolejny dzień był dłuższy od poprzedniego i nie przynosił żadnej odpowiedzi. Matczyne serce, które do tej pory pokornie błagało o zdrowie dziecka, kazało mi walczyć. Zaniepokojona tym, że przewracam kolejne kartki kalendarza nie wiedząc, co dzieje się z Damianem, postawiłam lekarzy pod ścianą. Usłyszałam, że zapomnieli o nas, że przez cały ten czas, te wszystkie dni spędzone na szpitalnym oddziale żaden z nich nie podjął nawet próby ratowania mojego syna. Zapomnieli o CZYIMŚ ŻYCIU.

Po powrocie ze szpitala mój syn nie był już tym samym chłopcem. Ataki padaczki budziły nas w nocy, przerywały codzienny rytm dnia. Damian był coraz bardziej zmęczony, każdy następny atak sprawiał, że ulatywały z niego siły. Zmuszeni byliśmy wdrożyć leki przeciwpadaczkowe. Miały pomóc, miało być dobrze.

Na drugi dzień po przyjęciu pierwszej dawki leku straciłam syna takiego jakiego znałam. Damian przestał mówić, stał się niedostępny emocjonalnie, a jego rozwój stanął w miejscu – zatrzymał się na etapie dwuletniego dziecka. Szereg pechowych zdarzeń sprawił, że mój syn nigdy nie stanie się dorosłym, odpowiedzialnym, dojrzałym mężczyzną. Zawsze będzie Damiankiem.

Dzisiaj Damian jest znacznie opóźniony psychoruchowo, nie mówi, wdrożyliśmy komunikację alternatywną. Porusza się samodzielnie, jednak jego ruchy są niezborne, nieprzemyślane, wymaga stałej opieki i kontroli. Nie kontroluje, nie rozumie swoich ani naszych emocji. Zdarza się, że staje się agresywny wobec nas, szczególnie jeśli odmawiamy mu tego, co daje największą radość – jedzenia. Damian nie czuje, że już się najadł. Może jeść bez końca, co w przyszłości mogłoby mieć straszne skutki dla jego zdrowia. Nauczyliśmy się go oszukiwać, podając mu zdrowe soki, warzywa, owoce – nie jest ważne dla niego co je, lecz to, że w ogóle je.

Jest stale rehabilitowany, a jego leczenie niesie za sobą ogromne wydatki. Chcielibyśmy zakupić profesjonalną wyciskarkę do soków, która pozwoli nam dbać o jego zdrowie. Niestety, jej wysoki koszt oznacza dla nas rezygnację z jednego wyjazdu na turnus rehabilitacyjny. Dlatego postanowiliśmy prosić Państwa o pomoc, tak by połączyć leczenie i rehabilitację Damiana z dbaniem o jego zdrowie i kondycję.

Cel jest sprawdzony i wiarygodny
Potrzebne pieniądze
845zł / 5 000zł
0%
Pomogło osób: 12
Data zakończenia
2018-12-31
Dane potrzebującego
  • Imię i nazwisko: Damian Geldner
  • Opiekun: Martyna Piątkowska
  • Miasto: Barlinek

Ostatnie wpłaty

Anonim
30zł
Anonim
50zł
Anonim
25zł
Anonim
100zł
Anonim
100zł
Anonim
100zł